sobota, 27 marca 2010
Więc nie patrz w dal.
Szalom.
Za oknem deszcz. Krople delikatnie spływają po szybie. Przyznam się, że cieszy mnie on niesamowicie. I tak nie mogę wyjść z domu ze względu na jakieś tam zapalenie krtani czy coś. W każdym razie już tak nie charczę tylko w końcu mówię. Przemęczyłem się eksploatując swoją osobę do szczętu w tym tygodniu udając, że wcale temperatura nie przekracza mi 38 stopni. Moje życie zdecydowanie obróciło się o 180 stopni jeśli chodzi o nowe miasto, które przestało być ostatecznie nowe. Chociaż ciągle mnie czymś zaskakuje, nawet w najlepiej znanych miejscach poruszam się już po nim, jak po własnym domu... Ludzie... jest nas pięcioro, prócz mnie 3 chłopaczków i jedno dziewczę. To wspaniali ludzie. Ostatnio, gdy się czymś strułem zaopiekowali się mną. Zdobywamy razem miasto. Uczę się znów bawić bez alkoholu. To też zupełnie niesamowite. Nie będę rozpaczać nad tym, co stało się wczoraj chociaż w moim wnętrzu dzieje się coś niezbyt miłego. Zwyczajnie nie mam siły już na rozpacz, zbyt często się jej poddawałem do takiego stopnia, że życie traciło sens. Ale nie. Życie to nie pieprzony film. Dlaczego nie streszczać tragedii na romans kuchenny? Mam dość górnolotnego cierpienia, męczeństwa. Wolę kochać.
sobota, 20 lutego 2010
"A my na spotkanie jesteśmy na tak, więc zapraszamy na nie!"
Kropelki dźwięków leniwie staczają się po chłodnych jeszcze szybach. Podobno jestem spokojnym morzem, oświetlonym słońcem. Fajnie jest. Wczorajszy dzień, poezja przyjemna, recytowana we mgle na bulwarach pachnących deszczem, zbawiennym deszczem, który zmywa białawą miękkość spod stóp. Wisła niebezpiecznie szara, ale to tylko krok ku przejaśnieniu. Mgła zasłoniła horyzont. A my snuliśmy marzenia o Krakowie, kamienicy i kotach. Po kostki w brei. Wydaje mi się, że ten semestr będzie nieziemsko wystrzelony w kosmos. Jakoś tak mi spokojnie, z pewnością i przekonaniem. Oł jes.
Piękne kobiety i przystojnych panów! Jedynym minusem jest to, że boli mnie gardło, jak jaśnista cholera.
niedziela, 14 lutego 2010
Sernik
V: Lubisz sernik? JA: Lubię... V: To nauczę się go piec.
Dziś święto, którym gardzę... A może wcale nim nie gardzę tylko tak mi się wydaje? W końcu przecież... zresztą nie ważne. Jakiś ciepły płyn rozlewa mi się po całym organizmie... To chyba szczęście. Dziękuję za te wszystkie miesiące:*
Snow Patrol. Dużo, dużo Snow Patrol od 1998.
piątek, 12 lutego 2010
Przepraszam.
Przepraszam, że zbyt rzadko daję Ci do zrozumienia ile dla mnie znaczysz. Wybacz, że zdarza mi się nie okazywać odpowiedniej wdzięczności za całe poświęcenie jakie wkładasz w relację ze mną. Może nie potrafię? Nie wiem. Wiem tylko, że należy Ci się cały świat za wytrwanie u mojego boku tylu miesięcy, wspieranie mnie, uleczenie. Kocham Cię.
czwartek, 11 lutego 2010
While your lips are still red.
Szalom. Przy śniegu moje włosy wyglądają, jak z samego piekła. Pod cieniutką błonką skóry zbiera się czerwień niczym zamarzający sok. Zima. O tak... Czasem wydaje mi się, że gleba już nigdy nie odmarznie. Zaczynam się przyzwyczajać. Albo i nie. Ale już tak tego wszystkiego nie odczuwam. Wiem, że uważasz, iż to skandal, nie pisać tutaj tyle, kiedy jesteś tak wiernym czytelnikiem lecz nic Ci na to Kochany poradzić nie mogę. Wybacz mi ową niesubordynację. Czuję się dziś tak cholernie sam. Zwyczajnie chcę poczuć Ciepło skóry, miękkiej, pachnącej skóry. Świeżej, jasnej powłoki drugiego człowieka, która się będzie delikatnie unosiła z każdym jego oddechem. Człowiek. Istota jakże boska, jakże spieprzona w akcie stworzenia, a jednocześnie cóż za artyzm...
Ale przecież wszystko zawsze musi być dobrze.
środa, 13 stycznia 2010
"Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie..."
Ostatnio jakoś zupełnie nie mogę się zabrać za jakąś konkretniejszą długą notkę. Mam w głowie mętlik wywołany tym, że zaczęły się egzaminy. Zimowe zmęczenie też daje o sobie znać. Mam wrażenie, że wszystko się we mnie rozpada. Mam tu głównie na myśli moją fizyczność. Cera, włosy - wyglądam strasznie. Podkrążone oczy chyba najbardziej rzucają się w oczy. A przecież nie uczę się całymi nocami. Dziś wyjątkowo dłużej siedzę bo moi współlokatorzy zakuwają. Wybrałem się przed chwilą na zwiad po mieszkaniu, bo ta cisza wydała mi się zupełnie dobijająca. B. siedzi i tłoczy w siebie filozofię, a P. wkuwa historię prawa. No i weź teraz znajdź kompana na nocne rozmowy. No ale nic. Dobrze, że gadu-gadu istnieje. ;p Codziennie przedzieram się przez zaspy śnieżne żeby dotrzeć na przystanek. Ciągle mam mokre nogawki jeansów i już mam zupełnie dość zimy. Marzy mi się już wiosna. Chociażby nawet ta wczesna z paskudnymi roztopami. Byle tylko już nie było tak dramatycznie zimno! Poszukuję prezentu dla Valentina na urodziny. Strasznie chcę żeby to było coś wspaniałego ale jakoś nic nie jest jego warte. mm...
wtorek, 05 stycznia 2010
Syberia.
Szalom, Kości mnie bolą z zimna. Zamiast przerabiać materiał do egzaminu zasnąłem. Na całe 2,5 godziny. Zmarnowałem tyle czasu! (Tak na marginesie to teraz marnuję go dalej siedząc przy komputerze). Zaczyna powoli dopadać mnie strach, że nie zdążę ze wszystkim. Czas przepływa między palcami, a ja nie mam pojęcia, gdzie tak gna. Już ciemno... Ta zimowa ciemność ma w sobie jakiś niezwykły urok, mimo wszystko. Zostaliśmy ze współlokatorem sami do końca tygodnia, bo nasza współlokatorka wyjechała. Jego nie ma, więc w domu jakaś taka cisza zapanowała... Wczoraj Bruno postawił mi kawę.
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Do roboty czas wrócić.
"Śmierć Hiacynta" obraz autorstwa Aleksandra Kiselewa. Tak na początek tygodnia pracy.
Zupełnie nie mam ochoty na wychodzenie z domu.
niedziela, 03 stycznia 2010
"Królik po berlińsku"
Szalom. Wróciłem do domu w piątek po południu. Berlin... ani mnie chłodzi ani grzeje. Nic porywającego, oszałamiającego i budującego. Pomnik holocaustu uderza złą koncepcją. Przecież spacerując pomiędzy tymi płytami w formie labiryntu każdy się świetnie bawi zamiast kontemplować. Tak nie powinno być raczej... Brama Brandenburska... ładne cacko. Fragment Muru jedynie sprawił mi odrobinę historycznej przyjemności. Szczecin... nie dane mi go było zwiedzić przez szkolenia, które trwały nieustannie. Dlatego nie sypialiśmy nocami. Trzeba było nadrobić w sferze towarzyskiej. Udało mi się poznać kolejną partię nowych ludzi. Nowe doświadczenia... pierwszy raz ktoś tak nieśmiało starał się mnie oczarować. Bez podtekstów "zerżnę Cię tu i teraz". Niesamowicie to urocze. Ogólnie wyjazd udany. Zmęczony i niedojedzony tylko jestem strasznie. Mieszkaliśmy w słabo ogrzewanym budynku starej jednostki wojskowej. Prysznice razem z robotnikami z Ukrainy. Mmm, poezja! Jutro powrót do normalnego życia.
wtorek, 22 grudnia 2009
Bo!
Szalom!
Najpiękniejszy prezent pod słońcem. Puzzle! Cudowne puzzle, które mówią same za siebie. Bez Ciebie też wszystko jest głupie. I ten notatnik. Idealny Notatnik dla Bosego Księcia. Jak Ty mnie znasz Aniele. Nikt tak mnie nie zna.
Trzask ognia w kominku. Zapach śniegu. Lepiej.
Imogen Heap - The fire.
|
Archiwum
Zakładki:
|